REKLAMA
REKLAMA
 
lp login pkt
1 wiesia 219
2 kosa76 215
3 magi 207
4 cypek1910 203
5 abel55 202
6 robert77u 194
7 czackikom 193
8 EGON72 192
9 sebalat... 191
10 conrado... 188
REKLAMA
 
Kibice mieli prawo być rozczarowani, ale...
 
Środa, 15. maja 2019, godz. 11:00

W niedzielę Widzew dołożył ostatnią cegiełkę w projekcie o nazwie „Kolejny sezon w II lidze” i w kompromitującym stylu przegrał z GKS-em Bełchatów 1:3. Po powrocie pod stadion w Łodzi doszło jednak do przykrych scen i nie powinno przechodzić się obok nich obojętnie. 

Zanim przejdę do niedzielnych wypadków, trzeba odpowiedzieć na kilka pytań. Czy piłkarze i sztab szkoleniowy Widzewa ośmieszyli nasz klub przed całą Polską? Zdecydowanie tak. Czy roztrwonili wydawałoby się pewną przewagę i wypadli poza podium mając najmniej porażek w lidze? Tak, matematyka nie kłamie. Czy drużyna ma najlepsze warunki ze wszystkich klubów drugoligowych? Tak, od większości pierwszoligowych pewnie też. Czy zawodnicy mogli liczyć na doping i wsparcie kibiców, kiedy tylko się dało? Oczywiście. Czy mimo kolejnych wiosennych rozczarowań „Serce Łodzi” biło i wypełniało się kibicami? Tak, ze średnią 17 tysięcy fanów na mecz. Czy to daje prawo do jakiegokolwiek, nawet tylko słownego, ale jednak linczu na zawodnikach? Nie! 
REKLAMA

Pod stadionem, niedługo po ostatnim gwizdku w Bełchatowie, kibice zebrali się w liczbie kilkuset osób i w geście bezradności odreagowali na zawodnikach swoją frustrację. Balonik pękł, zawodnicy nie mogą się już bronić, nie mogą już mówić o tym, że jest jeszcze kilka kolejek, że przeanalizują błędy i wyciągną wnioski w kolejnym meczu. Teraz jest na to za późno. Przegrali na boisku, byli po prostu za słabi. W niedziele, zaraz po wyjściu z autokaru, widzewiacy schronili się w budynku klubu, otoczeni przez policję. Po kilkunastu minutach piłkarze wyszli do kibiców, gdzie musieli zmierzyć się z falą krytyki. Niestety, w ich stronę poleciało też kilka jajek, jakichś śmieci i morze wyzwisk. Następnie zawodnicy oddali koszulki i bluzy z herbem Widzewa, a do tłumu ponownie wyszła rada drużyny. Oczywiście po to, by stać z pochyloną głową przed wściekłym tłumem i wysłuchiwać wyzwisk pod swoim adresem. Później spotkało to trenera Paszulewicza, który próbował uspokoić zebranych kibiców, ale jego argumentacja nie była zbyt trafna i kibice jej nie przyjęli. Dostało się nawet trenerowi Grzeszczakowskiemu, który rzekomo „niszczy Widzew”. 

Szkoda, że kibice Widzewa, którzy swoją postawą do tej pory byli przykładem dla całej Polski, w taki sposób dali upust swoim emocjom. Myślę, że bardziej budujące były ujęcia z roku 2014, kiedy w strugach deszczu wierni fani Widzewa do końca dopingowali swój zespół. Mimo, że drużyna była słaba i spadła do I ligi. 


Piłkarze Widzewa zasłużyli na reprymendy, kary według zasad przyjętych w klubie, brak przedłużonych kontraktów i krytykę od wymagających łódzkich kibiców. Jednak nie może istnieć przyzwolenia na lincz przez kilkaset osób na w gruncie rzeczy bezradnych zawodnikach. Ich zarobki, ilość godzin w pracy, tatuaże i fryzury nie mają znaczenia. Nie może istnieć przyzwolenie na takie zachowanie ludzi wobec innych ludzi. Po prostu. 

Sytuacja spod stadionu to efekt bezsilności widzewskich fanatyków, którzy chcą wreszcie zobaczyć swój klub w elicie, a tymczasem znów będą jeździć do Stargardu i Boguchwały.  Ale pewne jest też to, że mimo kolejnego sezonu w II lidze, stadion wypełni się po brzegi, drużyna będzie mogła liczyć na najlepszy doping w Polsce, a widzewscy fani będą jeździć nawet do zabitych dechami miejscowości, by być z drużyną. Do końca trzeba jednak zachować klasę, najlepiej według znanego nam hasła "You'll Never Walk Alone".

Jakub Dyktyński